Współbrzmienia można wyrazić na wiele sposobów.
Istnieją wszak funkcje harmoniczne, symbole b.c., tzw. Roman numerals, a także oznaczenia literowe – stosowane na szeroką skalę w muzyce rozrywkowej…
Ale jak się w tym gąszczu odnaleźć?
Czy jest to w ogóle możliwe?
Swego czasu pisałem już o tej kwestii (odsyłam → w to miejsce).
Dziś chcę do tematu powrócić, koncentrując się wokół symboli literowych.
sprawa (nie taka) prosta
Wydawać by się mogło, że zagadnienie oznaczeń literowych nie budzi wątpliwości:
- konkretna litera oznacza prymę akordu,
- jej rozmiar – tryb współbrzmienia (mała: molowy, wielka: durowy),
- symbole – plus lub kółko – akordy trybu zwiększonego i (pół)zmniejszonego,
- uzupełniające ocyfrowanie zaś – dodatkowo wykorzystane składniki.
System ten sprawdza się jednak najlepiej w odniesieniu do prostych współbrzmień. Okazuje się bowiem, że bogactwo muzyki jest tak ogromne, że proste symbole nie są w stanie wyrazić bardziej złożonej rzeczywistości.
Weźmy dla przykładu czterodźwięk septymowy. Z najpopularniejszą jego formą, to jest dominantą septymową, nie ma, zdaje się, problemu. Ale kiedy sięgnąć po mistycznie wręcz brzmiący akord majorowy z septymą wielką, samo dokoptowanie cyfry „7” już nie wystarczy.
Tym samym dotknęliśmy sedna zagadnienia.
polepszone, zagmatwane…
Można by proste symbole „udekrować” dodatkowymi elementami, doprecyzowując intencję harmoniczną.
I tu sprawa zaczyna się gmatwać: o ile same nazwy literowe są uświęcone tradycją, o tyle wspomniane „przydatki” trzeba było wprowadzić we własnym zakresie. To zaś doprowadziło do nadmiernego namnożenia bytów odnoszących się do tej samej rzeczywistości.
Sprawa druga: im bardziej precyzyjne, czyli: skomplikowane oznaczenie, tym trudniejsza interpretacja w czasie rzeczywistym, czyli podczas grania. Symbole (sym-ballein = łączyć w jedno) mają wyjaśniać rzeczywistość, a nie komplikować ją. Sytuację łatwo porównać do dużego skrzyżowania z nadmierną (choć zgodną ze stanem faktycznym) ilością znaków:

No i jeszcze jedno: jeśli do opisu niepozornego czterodźwięku wykorzystujemy symbol złożony z liczby znaków większej od czterech, to bez popadania w przesadę możemy orzec, że mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią…

próba uporządkowania chaosu
W latach 70. XX wieku na problem zwrócili uwagę Carl Brandt i Clinton Roemer. Sprzeciwiali się samowoli kompozytorów, aranżerów i wydawców muzyki rozrywkowej, stosujących własne oznaczenia akordów. Chcąc odkomplikować ówczesną praktykę, w 1976 roku opublikowali wytyczne dotyczące ujednolicenia zapisu. Tak powstała Standardized Chord Symbol Notation. Autorzy wskazują nadmiernie rozbudowany zasób oznaczeń akordów, a następnie dają wskazania, jak poprawnie je zanotować.
Przykładowo: zmniejszony akord septymowy zbudowany od dźwięku f, zdaniem Brandta i Roemera, określić należy jako FMI7(b5), a tymczasem spotkać można przynajmniej dwadzieścia alternatywnych i nieprawidłowych oznaczeń:

Główny postulat, jak się zdaje, to zachowanie przejrzystości zapisu. Chodzi o to, by unikać nadmiernej komplikacji, która ułatwia praktyczną realizację współbrzmień wyrażonych symbolicznie. Tezę tę potwierdzają dwie uwagi zanotowane wielkimi literami na ostatnich stronach publikacji:
THE BEST CHORD SYMBOL IS THE SIMPLEST ONE
BEFORE WRITING… THINK!
Najprostsze symbole są najlepsze
Zanim napiszesz, pomyśl!
I trudno się z taką wizją nie zgodzić.
bonusy
Na piracką wersję publikacji natknąłem się na stronie Popschool Maastricht, a zainteresowani mogą ją pobrać u „źródła”, klikając → w ten link.
Ale i na tejże stronie znajdują się ćwiczenia słuchowe w rozpoznawaniu akordów wszelkiej maści. Polecam odwiedzić → ten dział.
