Niedawny wpis z serii wPunkt! okazał się nader inspirujący. Postanowiłem pójść za ciosem i rozwinąć nieco temat. Sprawdzimy, jak odległość między dźwiękami staje się regulatorem harmoniki i kolorystyki.
Zapraszam na małą opowieść!
czas – ogólnie…
Wyjaśnienie pojęcia czasu sprawia fizykom niemało trudności. Łatwiej go ująć (pojąć) filozoficznie. Całkiem niedawno przeczytałem – choć, niestety, uleciało gdzie konkretnie – że czas jest potrzebny po to, by wszystko nie zdarzyło się w tej samej chwili. Innymi słowy — wszystko w życiu musi mieć (i ma!) swoją kolejność, swój czas.
Przełóżmy to zagadnienie na sprawy muzyki…
czas – w muzyce
Za upływ czasu odpowiadają dwa elementy: rytmika i agogika. Pierwszy z nich wyznacza proporcjonalną długość dźwięków między sobą, drugi – ustala tempo wykonania. To właśnie agogika (a nie konkretne wartości rytmiczne) decyduje o tym, czy utwór postrzegamy jako wolny, umiarkowany czy szybki. Można więc powiedzieć, że rytmika z agogiką są regulatorami czasu.
A jak to jest z naszą ukochaną – harmoniką?
O harmonice mówimy w przypadku współbrzmienia przynajmniej dwóch dźwięków. Jakości zaś brzmieniowe wyznaczają określone odległości między nimi. Relację tę nazywamy mianem interwału (intervallum = odstęp). A wszyscy wiemy, że akord to twór o przynajmniej trzech dźwiękach oddalonych od siebie o tercje.

I tu zaczyna się najciekawsza część: a gdyby tak zmienić interwały tworzące akordy?
czas – na eksperyment!
Doświadczenie polegać będzie na zestawieniu z sobą trzech dźwięków odległych od siebie o inne interwały niż tercja i ocena zmieniającego się brzmienia. I choć ograniczę się tu jedynie do ilustracji graficznych, ze wszech miar polecam przegrać sobie przykłady nutowe!
Zaczniemy od interwału sekundy. Prymę i oktawę należy z gruntu odrzucić – gdyż akord jest strukturą złożoną z dźwięków różnych co do nazwy. Akord o morfologii sekundowej wygląda tak:

Przykład po lewej stronie ukazuje teoretyczne możliwości ułożenia akordów zestawianych sekundami; przykład po prawej – jego konkretyzację: są to akordy złożone z sekund gamowłaściwych.
∴
Ciekawą postać przybiera akord kwartowy. Ograniczę się tu jedynie do kwart czystych. Brzmienie postaci zasadniczej jest specyficzne, ale już jego przewroty niosą skojarzenia z nierozwiązanym opóźnieniem tradycyjnego akordu:

Struktury kwartowe „lubią się” z harmoniką jazzową (i odwrotnie). Dla porównania zamieszczam zestawienie typowej kadencji w muzyce klasycznej i rozrywkowej:

∴
W następnym przykładzie również biorę pod uwagę interwał czysty. Akord ułożony kwintowo również ma specyficzne brzmienie. Przypomina – całkiem słusznie zresztą – efekt błędu kwint równoległych.
Analiza jednak materiału dźwiękowego ukazuje dużą zbieżność pomiędzy układem powstałym z wykorzystania przewrotów akordu kwartowego. Nic dziwnego: kwarta jest wszak przewrotem kwinty; przewracając zaś akord kwartowy otrzymamy akord kwintowy (i vice versa):


Podobnie rzecz ma się z odległością o sekstę i o septymę: akordy stanowią „odbicie” współbrzmień tercjowych i sekundowych – co najłatwiej zaobserwować, patrząc na ich przewroty:

∴
Każdy harmonista wie, że gama i triada (akordy) oddziałują na siebie wzajemnie. Opisawszy więc prawidła rządzące akordami, wyjaśniliśmy również możliwość alternatywnego rozpisania materiału dźwiękowego gamy. Porównanie tych możliwości przedstawia się następująco:

Oto gama C-dur rozpisana w różnych interwałach między jej dźwiękami. Ciemne główki nut oznaczają gamę z uwzględnieniem czasu (dźwięki następujące kolejno po sobie). Jasne zaś nuty – gamę z pominięciem czasu (kiedy to wszystko zdarza się w tym samym momencie).
„Kto może pojąć, niech pojmuje…” (Mt 19, 12)
czas kończyć…
I tak oto, przez zaproszenie do wspólnej zabawy innych interwałów niż tercja, otworzyły się nam drzwi do fascynującego świata współbrzmień. To jak równoległe universum, w którym rządzą odmienne prawa niż te, na których ongiś osadzono świat harmoniki dur-moll.
Czy zwykły śmiertelnik potrzebuje tego wszystkiego do szczęścia? Niekoniecznie. Ale jestem zdania, że spojrzenie z tej perspektywy ukazuje bogactwo niepozornego (tj. nierobiącego na nas większego wrażenia) zestawu dźwięków. A jest on tkanką i budulcem melodii wszelkich maści.
Czy muzyka jest więc naturalnym fenomenem?
Wątpię. Zbyt wiele w niej analogii i prawidłowości, by mówić o dziele przypadku.
Ale ocenę takiego stanu rzeczy pozostawiam każdemu.
