sylwetki mistrzów

Chociaż strona poświęcona jest harmonii, poruszam tu także tematy pokrewne. Dzisiaj chcę przedstawić sylwetkę jednego z moich „harmonicznych mistrzów”. Pan Wiesław Pilaciński był organistą w mojej rodzinnej parafii, a jego gra przyczyniła się do rozbudzenia mych harmonicznych pasji.

trzydziestosześcio-głosowy pneumatyk lubiński (obecnie po gruntownej przebudowie)

wspomnień czar…

Jednym z moich wspomnień z dzieciństwa są długie niedzielne msze święte – z „dziwną” melodią do Kyrie (dziś wiem, że to kompozycja ks. R. Raka) oraz zapachem kadzidła, którego dawniej najwyraźniej nie bano się stosować.

Ale najbardziej lubiłem, gdy msza się już kończyła – bo oznaczało to dwie sprawy: 1) upragnione wolne oraz 2) mini-koncert organowy. Jako kilkuletni brzdąc rozumowałem to w ten sposób, że skoro msza jest długa, a organista jest na każdej, to musi się potwornie nudzić. Swoje frustracje rozładowuje więc regularnie po każdej mszy, grając głośno i energicznie.

Dotarliśmy tym samym do osoby organisty, pana Wiesława Pilacińskiego.

 

krótki życiorys

pan Wiesław Pilaciński

Pan Wiesław urodził się 26 września 1941 r. w rodzinie o muzycznych tradycjach. Bardziej dokładnych informacji, niestety, nie posiadam.
Jednak na kościelnym chórze kilkukrotnie natknąłem się na utwory z nazwiskiem organisty, ale zaopatrzone innym inicjałem imienia – co zdaje się potwierdzać tezę, że talent muzyczny miał „we krwi”.

Kontynuując rodzinne tradycje muzyczne, w latach 50. XX w. młody Wiesław wstąpił do Salezjańskiej Szkoły Organistowskiej w Przemyślu, założonej przez ks. Antoniego Chlondowskiego. Przed upadkiem komunizmu była ona jedyną liczącą się placówką tego typu, która od postaw solidnie kształciła muzyków kościelnych. Grono uznanych absolwentów stanowili m.in.: Klemens Kamiński, ks. Wojciech Lewkowicz, ks. Leon Pęcherek, Feliks Rączkowski, Marian Sawa, Jan Sobieski, Eugeniusz Sroczyński czy Mieczysław Tuleja. Pan Wiesław przyjaźnił się z „Felusiem” Rączkowskim, „Mańkiem” Sawą, „Gieniem” Sroczyńskim oraz „Klemkiem” Kamińskim… (szacun!)

W kronikach szkoły zachowało się zdjęcie z 1957 roku, ukazujące młodego Wiesława wśród innych wychowanków:

Przemyśl, 1957 r.
pamiątki z tamtych lat

Inną pamiątką z tego okresu – doprawdy uroczą! – jest zeszyt z harmonizacjami pieśni oraz do nauki harmonii. Pismo jest pismem dziecinnym, z kulfonami i pojedynczymi błędami ortograficznymi. Każdy jednak, kto choć raz widział jego podpis, bez trudu rozpozna charakter pisma. Zeszyt do harmonii z kolei świadczy o tym, że jemu także początkowo było trudno spamiętać wszystkie reguły…

dalsze losy

Zdaniem szkolnych rówieśników (a wśród nich był też ksiądz z mej parafii), Wiesław zapowiadał się na znakomitego muzyka. Bez problemu opanował instrument i świetnie wykonywał utwory a’vista. Drogę dalszej edukacji zablokował socjalistyczny reżim, doprowadzając do likwidacji placówki w 1963 roku.

Po ukończeniu nauki w szkole otrzymał dobrą posadę organisty w Oświęcimiu. Następnie odbył obowiązkową służbę wojskową i powrócił do gry organowej. Po jakimś czasie przeprowadził się do gwałtownie rozbudowującego się Lubina, gdzie mieszkał i posługiwał do niedawna. Złożony krótką acz intensywną chorobą, zmarł lipcem 2019 roku, w wieku 78 lat.

 

kilka obrazków z życia

Pan Wiesław był osobą bardzo otwartą i chętnie gościł adeptów sztuki muzycznej, pozwalając przypatrywać się swojej grze. A była to gra niebanalna o bogatej harmonii, niemal idealnie ilustrującej przesłanie tekstu pieśni. Oto kilka obrazków:

Mój kolega, Darek, – wtedy bardzo początkujący organista – przyszedł podpatrzeć mistrza w akcji. Msza była jakaś uroczysta i trochę się przeciągała. Podczas kazania pan Wiesław stwierdził: „To ja idę na chwilę do domu na obiad, a w razie czego – poratujesz sytuację, zagrasz Ciebie prosimy”.
Kolega zbladł i jął się tłumaczyć: „Nie, nie, ja tylko patrzę! Nie zagram, bo nie umiem!” Organista zbeształ go, mówiąc: „To nic trudnego! Ja tu nic nie kombinuję: tonika, wtrącenie, II stopień, dominanta i kończysz toniką” i… najzwyczajniej w świecie poszedł sobie!

Przyszedłem kiedyś uprzedzić organistę, na jaką melodię będę śpiewał psalm. Ustalając szczegóły, nie byłem pewien tonacji – czy nie będzie za wysoko. Kończył się wtedy ślub; tuż po błogosławieństwie organista podegrał początek melodii w tej „wątpliwej” tonacji, a po potwierdzeniu jej z mojej strony, w mgnieniu oka zmodulował i po chwili usłyszałem pierwsze dźwięki Marsza weselnego

Kilka razy odwiedzałem organistę tuż przed mszą, kiedy akurat kończyło się jakieś nabożeństwo. Często zdarzało mi się wejść wraz z rozpoczęciem Przed tak wielkim Sakramentem. Pan Wiesław za każdym razem lewą ręką przejmował granie (i melodii, i akompaniamentu), a prawą wyciągał na przywitanie i zupełnie swobodnie rozmawiał ze mną, nie skupiając się w ogóle na tym, co gra. I nie zdarzyło mu się zaliczyć z tego tytułu jakiejś kompromitującej wpadki! Odwrotnie zaś było ze mną — widząc taką „podzielność uwagi”, jąkałem się i nie umiałem wyłuszczyć, z jaką sprawą przyszedłem…

Kiedyś zjawiłem się u niego na chórze już trakcie mszy, podczas Liturgii Słowa. A trzeba wiedzieć, że jego ulubioną rozrywką było namiętne rozwiązywanie krzyżówek (zwłaszcza w trakcie w trakcie n-tej mszy). Niejednokrotnie widziałem, jak pan Wiesław, pochłonięty diagramem, prawą ręką wpisywał rozwiązanie hasła, a lewą bezbłędnie odgrywał refren psalmu responsoryjnego.

 

epilog

I tak przez lata nasiąkałem współbrzmieniami, nie mając w ogóle pojęcia o muzyce, akordach czy możliwości ich doboru. Kiedy po maturze zmieniłem geolokalizację, trafiłem na organistów grających ładnie, ale jakoś tak ubogo… Pieśni brzmiały zupełnie inaczej, niż te, które znałem ze swojej parafii. Zastanawiałem się: melodia się zgadza, tekst – również; w czym tkwi różnica?

Long story short – rozpocząłem naukę w legnickim Studium Organistowskim. Tam dopiero dowiedziałem się, że każdą jedną melodię można zharmonizować na wiele sposobów – stosując w akompaniamencie różne akordy. Uświadomienie sobie tej prawdy obudziło we mnie wygłodniałą i żądną krwi harmoniczną bestię… Oto niewątpliwa zasługa pana Wiesława – który uwrażliwiał mnie na wspaniałe współbrzmienia spoza kręgu harmonicznej triady.

Jako początkujący organista, często prosiłem Mistrza o jakieś złote rady, które zapewniłyby sukces mym staraniom. Z wielu nauk w pamięci ostały mi się dwie:

Będziesz dobrym organistą, kiedy każdą pieśń będziesz potrafił zagrać w pięciu sąsiadujących tonacjach.

Pomijając wartość użytkową takiej umiejętności (dobór dogodnej tonacji pod ludzi), świadczy ona o sprawności technicznej. Jeśli daną pieśń grywam do tej pory w tonacji C-dur, powinienem jeszcze umieć zagrać w B, H, DesD… Trudne? Niewykonalne? Uczniowie przemyskiej szkoły podczas egzaminów losowali kartki z tytułem pieśni i tonacją i musieli ją na poczekaniu zagrać!

Wiele trudności sprawiało mi na początku granie utworów dawnych mistrzów w starych kluczach. Ale teraz widzę z jaką łatwością na żywo transponuję wykonywane utwory…

…a ja byłbym rad, gdyby kiedykolwiek udało mi się wcielić je w życie!

 

Panie Wiesławie, dziękuję!